Kartoteka

Ostnio dopisane

Wasze szepty

Klucz

Odcinek

Autor: Cudo | 15/09/2008

To napisał kilka lat temu mój najlepszy kumpel. Pomyślałem, że pasuje ten tekst tutaj.

Odcinek, to część prostej, zawarty pomiędzy dwoma punktami znajdującymi się na tej prostej i tym samym, posiadający początek i koniec. Prosta natomiast to zbiór punktów ją tworzący, nie posiadający jednak ani początku ani końca. A jeśli półprosta rozpoczyna się w pewnym punkcie i ciągnie w nieskończoność – jest prostą czy odcinkiem? A raczej: jest skończona czy nie? Ze wstępnej analizy nie pasuje ona do żadnej z dwóch wymienionych grup. Nie może być odcinkiem, bo nie posiada dwóch końców. Ale nie może być też prostą mając aż jeden początek. Co więcej – rozważana półprosta nie posiada zwrotu a jedynie kierunek, wiec jej początek może jednocześnie być jej końcem. Czy mimo, jeśli ciągnie się w nieskończoność, może być uznana za nieskończoną, będąc z jednej strony ograniczoną? Jeśli posiada koniec, to w każdym punkcie prostej możemy stwierdzić jaka odległość jest do jej początku. Można, więc teoretycznie zmierzyć ją w każdym punkcie – nie kończy się, ale w każdym punkcie jest mierzalna.
Analogicznie. Czy możliwe jest uzyskanie przez nas życia wiecznego po śmierci? Czy życie wieczne można w ogóle rozpocząć? Wszystko leży chyba w definicji wieczności. Jeśli uznamy, że życie wieczne można otrzymać, znaczy to, że posiada ono początek. Ale wówczas możemy w każdym momencie stwierdzić, ile już trwa. Bo jeśli jest początek to i jest pojęcie czasu. Może nie bezwzględnego, ale przynajmniej względnego – cos dzieje się przed czymś a inne dzieje się po innym. Ale czy można wówczas mówić o wieczności? Idąc tym tropem i Bóg kiedyś został stworzony. I możemy teoretycznie powiedzieć kiedy. A wówczas już nie możemy sobie pozwolić na taką interpretację wieczności, gdyż burzy to nas obraz świata i Boga.
Jaka więc wieczność? Wieczność, „prawdziwa”, nie posiadająca początku i końca? Nie znająca pojęcia czasu. Trwająca? Nie. Nie trwająca, gdyż wieczność to nie niewyobrażalna ilość czasu, ale jego brak. Brak początku i końca. Taka wieczność jest wiecznością, której świadectwem jest Bóg. Czy więc człowiek i jego ziemska postać jest również elementem ciągłości, która „trwa” nieprzerwanie. Życie wieczne człowieka było i będzie, a jego ziemski wymiar jest tylko elementem tej ciągłości. Ale co to znaczy? Człowiek był zawsze?? Zawsze? Równy Bogu? Niezniszczalny? Wracając nawet do poprzedniej tezy o wieczności – jeśli człowiek otrzymuje życie wieczne znaczy to że też staje się nieunicestwialny. Ale jeśli zostało się stworzonym, to czy można być niezniszczalnym?
Albo, więc, Bóg jest skończony (a raczej rozpoczęty), albo jesteśmy jemu równi. Żadne z rozwiązań nie jest możliwe… Czy jest więc Bóg jakiego sobie wyobrażamy?

Jakie znaczenie ma przyjście Jezusa na ziemie jako człowieka?

Jest to punkt zwrotny w dziejach ludzkości. Poświęcenie własnego życia za grzechy wszystkich ludzi.

Tylko dlaczego akurat wtedy? Nie pytam o wymiar polityczno-religijny. O to czy sytuacja tego wymagała. O to czy sprawy przybrały taki obrót, że nie było wyjścia. Takie decyzje można podejmować w związku z najazdem na agresywne państwo lub karząc dziecko za jego złą postawę. Wówczas dochodzi do pewnej analizy sytuacji. Zastanawiamy się czy niezbędna jest jakaś interwencja. A jeśli tak, to jaka i jaki moment jest najlepszy na podjecie działania.

Stawiam raczej pytanie filozoficzne.
Dlaczego Jezus przychodzi na Ziemie w tym konkretnym czasie? Dlaczego nie wraz ze stworzeniem człowieka lub na Sądzie Ostatecznym?
I znów - dlaczego w ogóle?

Dlaczego to jest istotne? Bo ludzie sprzed narodzin Jezusa są innymi ludźmi od żyjących po jego przyjściu.

Nie będę próbował dociekać, na czym polega różnica - wystarczy fakt wagi wydarzenia jakim było narodzenie, życie, a tak naprawdę śmierć Jezusa na krzyżu.
Przyjście syna bożego odmieniło świat. Miało odmienić. Poprzez swoją śmierć i mękę odkupił grzechy ludzkie. Ale co wobec tego z ludźmi żyjącymi wcześniej? Czy nie będą zbawiani. Nie dostąpią życia wiecznego? Co się zmieniło? A jeśli będą zbawieni. Jeśli zarówno jedni jak i drudzy będą żyli wiecznie. Jeśli wszystkim winy zostaną odkupione, wybaczone. To jakie znaczenie miała śmierć Jezusa? Co odkupił i dlaczego teraz a nie 1000 lat wcześniej lub później? Jeśli jest to taki przełomowy moment, to miedzy czym, a czym. Miedzy jakim stanem, a jakim? A jeśli jest różnica pomiędzy ludźmi sprzed naszej ery, a tymi z naszej, to czy tych nieodkupionych można winić za późne przyjście Jezusa.

No dobrze, Jezus odkupił wszystkie grzechy. Ludzi jako ludzkość. Teraźniejsze, przeszłe i przyszłe. Dlaczego więc teraz i po co w ogóle? Skoro tym sprzed jego obecności zostały odkupione. Skoro tym po jego śmierci tez. Po co teraz i po co w ogóle?

Jaki jest sens wystawiania człowieka na próbę?
Mówi się, że człowiek doświadczając cierpień wystawiany jest przez boga na próbę, że człowiek otrzymał łaskę wolnej woli i od niego zależy, w jaką stronę pójdzie. Czy podąży za słowem bożym, czy mu się sprzeciwi. Czy swoim życiem zasłuży na przychylność Boga w dalszej drodze, czy zostanie potępiony.
Próbuje sobie wyobrazić sytuację, w której kupuje sobie wieszak na telewizor plazmowy. Na instrukcji jest napisane, że maksymalne obciążenie wynosi 20kg. Montuję go na ścianie i wieszam telewizor 60 calowy (120kg) celem sprawdzenia, czy się utrzyma. Spada. Albo odwrotnie: kupuje wieszak na 120 kg i zakładam na niego 20-kilową 32-kę LCD. Nie spada. Albo maluje ogrodzenie na biało i sprawdzam czy jest zielone. Jeśli wiem, że cos jest takie, jakie jest (20 kilowy wieszak nie utrzyma tony, a biały plot nie jest zielony), to nie sprawdzam, czy jest inne.
Bóg w swojej nieskończoności jest zapewne nawet bardziej doinformowany na temat produktu, jakim jest człowiek. Po pierwsze dlatego ze jest jego pomysłodawcą i producentem. Po drugie, że jest twórcą każdej substancji i każdego elementu, który go tworzy. A po trzecie, bo jest początkiem i końcem wszystkiego. Alfa i omega. Skoro więc wie, to o co chodzi ze sprawdzaniem? Jaki sens ma po raz 100 oglądanie znanego nam juz filmu, kiedy wiemy, co się stanie, bo przecież tak można określić wiedzę Boga o naszych poczynaniach tylko razy milion. Bóg zna film, jakim jest nasze życie i dzieje ludzkości, wstecz i w przód, tak dobrze, że może go recytować od tylu. Po co oglądać film, który ze względu na taką jego znajomość nie budzi juz w nas emocji (jeśli o emocjach w przypadku Boga można mówić).

Co więcej, jaki sens ma w ogóle tworzenie człowieka? Tworzenie czegokolwiek. Tworzenie nigdy nie ma sensu samo dla siebie.
Kiedy ubijamy i panierujemy kotleta, to nie po to, aby cieszył się on samym sobą dopóki nie zostanie zjedzony. Robimy to żeby się nasycić.
Kiedy Kochanowski pisze treny, to nie po to, żeby podobały się one sobie, a kiedy Leonardo maluje Mone Lise to nie dlatego, żeby oglądała swój uśmiech w lustrze.
Człowiek ma skłonność (albo jedyna możliwość) do myślenia o sobie jako o centrum świata. Jako o celu wszelkiego istnienia. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nawet Bóg wg człowieka został dla człowieka stworzony. Tym samy Bóg jest przez człowieka personifikowany. Nadaje się mu rożne ludzkie cechy, o których zupełnie nic nie wiadomo, albo do stworzonego przez człowieka wizerunku Boga nie pasują. Określa się Boga jako początek i koniec, a jednocześnie imputuje mu konieczność przeprowadzania sprawdzianów. Jest wszechmogący, a poddaje człowieka (którego sam stworzył!) próbie. Jest wszechmogący, a w ogóle tworzy człowieka? Po co? Dla człowieka? Bo przecież nie dla siebie… No to jak? Bóg tworzy byt, którego niema, dla niego samego? W całym myśleniu świadomie odchodzę od pytania o sens wystawiania człowieka na próbę i jego “wolnej woli”, a pozostaje przy pytaniu o sens stworzenia człowieka (czegokolwiek) w ogóle. Tak więc Bóg tworzy nas dla nas (jesteśmy przecież ważniejsi od Boga). Ale gdyby nas nie stworzył, to nie miałby zobowiązania. Zastanawiam się więc co jest pierwsze? Zobowiązanie wobec jeszcze niestworzonej rzeczy, czy rzecz wobec której pojawia się chęć twórcza jej stworzenia. Człowiek jest tak wspaniałą istotą że nawet kiedy go jeszcze nie ma, to istnieje zobowiązanie, pragnienie, miłość do niego…
A może człowiek był zawsze? Zawsze? Równy Bogu? ***

Tropy: Puls | 2 Odpowiedzi »

Nowy wymiar Sądu Ostatecznego

Autor: kadarka | 15/07/2008

Historia internetu liczy sobie niewiele lat w porównaniu z historią człowieka, a jednak doczekała się już wizji swojego końca. Człowiek od zarania był ciekaw dlaczego musi umrzeć, jak żyć by zasłużyć na coś lepszego i czy istnieje coś poza realnym światem. Cyberprzestrzeń dała nam inny wymiar rzeczywistości. Odrealniła i tak niestabilny świat.

Zbudowany przez Miao Xiaochun wirtualny obraz sądu w cyberprzestrzeni w wymiarze 3D jest prowokacyjnym odzwierciedleniem „Sądu ostatecznego” Michała Anioła. Nowy model bożego tchnienia odbija kilkaset ikon Anioła ułożonych w oryginalnych miejscach i pozach. Chiński obraz – sterylnie czysty, bez zawirowań, manekinowaty, zaprogramowany w najdrobniejszych szczegółach. Umowny, bo wirtualny. Fresk z Kapicy Sykstyńskiej zdumiewa feerią intensywnych barw, praca Miao jest czarno-biała, niebo – futurystyczny srebrny tableau – spokojne, niemal śliskie.

Miao połączył cudowne malarstwo religijne z wrogim science fiction, gdzie fotografia angażuje widza w możliwie maksymalny sposób. Widz wielorakich scen może je zobaczyć zarówno wewnątrz, jak i poza sceną. Za pomocą cyfrowego procesu uwierzytelniającego wirtualny świat, nie dokumentu rzeczywistości, widz stoi w środku gry komputerowej. Nieme postacie czekają na jego ruch myszką, klawiaturą, by tchnął życie - w szaleńcze poruszenie wokół centralnej postaci. Wszyscy równi, nadzy, świadomi swoich przeszłych uczynków uchylają się pomimo sprawiedliwej „kary”. Oto potencjalnie bezsensowny ruch wirowy pełen postaci niemających końca i początku. Istoty bez gramatury, bez źródła napędu, wszechświat pytań bez odpowiedzi: czy mamy kogo się bać, czy to więźniowie nie są najbardziej bezpieczni?

Tak fresk Michała Anioła jak praca Miao wybija z rzeczywistego snu, to nostalgiczne egzystencjalne pytanie do nas, ludzi: co będzie z nami po śmieci? Tu i tam.

Tropy: Internet | 7 Odpowiedzi »

Adam, Ewa i kompas.

Autor: flamenco_night | 10/07/2008

Jak myślisz?
Czy płynącego po bezbrzeżnym oceanie żeglarza, człowieka wędrującego przez nieznane lądy i pilota samolotu, przeszywającego chmury, coś łączy? Muszą mieć w posiadaniu coś, co będzie nie tyle sterowało, ile korygowało ich “kroki” w odniesieniu do rzeczywistej drogi, jaką muszą przebyć. Dziś może to być popularny GPS, kiedyś - KOMPAS - urządzenie nawigacyjne, bez którego niemal na pewno skazani byliby na porażkę.. w tym przypadku, w obliczu zagrożeń i praw natury, nawet na śmierć.
Kompas jest banalnym przyrządem. Ma jedynie tarczę i igłę magnetyczną, wskazującą kierunek północny. Jest w pełni użyteczny jedynie w połączeniu ze szczegółową mapą.
Dlaczego o nim wspominam?

Analogicznym przyrządem, jaki posiadamy wewnątrz i dzięki niemu możemy żyć piękniej, w zgodzie ze sobą, z Bogiem (o ile w Niego wierzymy i jest dla nas ważne, jakie stosunki z Nim utrzymujemy) i innymi ludźmi, jest SUMIENIE.
Bez tej czułej ‘wagi’ czynów i decyzji, moglibyśmy czuć się zupełnie zagubieni, jakby odebrano nam wszczepione poczucie dobra i zła. Jeśli umiemy z niego korzystać zgodnie z przeznaczeniem, możemy nie dość, że znaleźć drogę, na której chcemy się znaleźć (obrać właściwy kurs, jak pilot samolotu, czy sternik), to jeszcze dokładnie się jej trzymać - pilnując, by nie zbaczać z owego ustalonego kursu.

Czym jednak jest owo sumienie?
Jaka jest geneza i pochodzenie tego słowa?
Grecki wyraz występujący w Biblii, a tłumaczony na nasze “sumienie”, złożony jest z dwóch członów - SYN (’razem, wespół’) i EIDESIS (’wiedza, poznanie’), a dosłownie oznacza “wspólna wiedza”, czyli “wiedza posiadana wspólnie z sobą”.
Co to oznacza?
Człowiek, jako jedyne stworzenie Boże, ma daną od Boga (niejako - wszczepioną) zdolność i umiejętność poznawania.. samego siebie. Możemy niejako stanąć z boku i przyglądać się sobie - własnym decyzjom, poczynaniom, jak i skutkom tychże. Tym samym mamy możliwość oceniania naszej moralnej postawy życiowej. To sumienie pozwala nam dokonywać takich właśnie ocen.
Oczywiście, nikt nie zmusi nas (dowód na to, że posiadając wolny wybór, Człowiek od samego początku mógł WYBRAĆ ŹLE!, licząc się z uświadomionymi konsekwencjami - vide: wybór nieposłuszeństwa wobec Bożego zakazu zjedzenia owocu z konkretnego drzewa skutkował śmiercią i odrzuceniem pierwszej ludzkiej pary przez Boga), byśmy oceniwszy sytuację dokonywali jedynie słusznych wyborów i mieli takież poglądy na wiele spraw - decyzję podejmujemy sami, jak i pilot sam decyduje, czy korygować kurs, gdy z niego zbacza. Sumienie jedynie może nam pomóc w podjęciu dobrej decyzji i ostrzec przed złą. Nie zrobi niczego za nas. Co więcej - gdy nie wypaczymy swojego sumienia, ono uspokaja nas, gdy postępujemy właściwie (jak igła kompasu, gdy poruszamy się zgodnie z jego wskazaniami), bądź dręczy wyrzutami, gdy popełnimy jakiś błąd (”drży”, jak magnetyczna igła, gdy mijamy się z celem wędrówki). To zresztą kolejny dowód na to, że Adam i Ewa mogli wybrać dobrze i posiadali potrzebne do tego narzędzie - sumienie. Oni również, gdy zjedli zakazany owoc (symbol i możliwość okazania władcy Wszechświata posłuszeństwa), odczuwali wstyd. Mieli więc wyrzuty sumienia, ale w ich konkretnym przypadku nie miało to już znaczenia - rozmyślnie zignorowali prawo Boże, podjęli decyzję o tym, by uczynić coś, za co karą była śmierć, świadomie. Przeciwstawili się tym samym Bogu i nie mogli już liczyć na Jego łaskę. Jako doskonali Ludzie, słyszeli głos sumienia PRZED występkim, a mimo to postanowili się zbuntować i niejako sami sobie ustalać normy i reguły, na jakich zamieszkiwać będą Ziemię.
Niemniej wielu ludzi niedoskonałych, żyjących sporo po tej pierwszej Parze, pokazało, jak przydatne może być sumienie i jak na nie reagować - pomimo ułomności, jakie przyniósł na nas grzech. Możemy wspomnieć choćby Hioba, czy króla Dawida, perypetie których opisane są w Biblii (zawiera ona - co bardzo istotne dla wiarygodności relacji - ich osobiste odczucia, wewnętrzne wątpliwości i skutki - dla sumienia - podejmowanych decyzji, przyjmowanych postaw).

Można mieć jednak w takim razie wątpliwości, czy sumienie Bóg podarował jedynie wiernym Mu jednostkom?
Wyjaśnia to ap. Paweł, w swoim liście do Rzymian, rozdziale drugim, w wersetach 14 i 15:

“Kiedy (…) ludzie z narodów, nie mający prawa, Z NATURY czynią to, co jest w prawie, ludzie ci, chociaż nie mają prawa, SAMI DLA SIEBIE SĄ PRAWEM. Właśnie oni pokazują, że TREŚĆ PRAWA JEST ZAPISANA W ICH SERCACH, gdy ICH SUMIENIE ŚWIADCZY WRAZ Z NIMI i we własnych myślach są oskarżani lub też uniewinniani”

Wynika z tego jasno, że nawet, gdy ktoś nie zna Bożych praw, to niejednokrotnie postępuje zgodnie z nimi - właśnie dzięki sumieniu, które w następstwie podejmowanych decyzji, czy przyjmowanych poglądów, odpowiednio: reaguje wyrzutami, bądź wewnętrznym spokojem.

Wszystko pięknie i ładnie, gdyby nie pewne ALE.
Jakie?
Czasami nasze sumienie zawodzi, myli nas. Dlaczego? Gdzie tkwi błąd?
Wróćmy do kompasu.. Położony blisko magnesu kompas, często wskazuje kierunek inny, niż spodziewana przez patrzącego północ. Dodatkowo, bez dokładnej mapy terenu, staje się kompletnie bezużyteczny. Podobnie jest z naszym sumieniem - gdy ulega samolubnym pragnieniom naszego serca, zaczyna kierować nas na manowce.
Taka np. MIŁOŚĆ - gdy postrzegamy ją głównie, jako porywy serca, emocje, ‘motylki w brzuchu’, namiętności, ect., wypaczamy cel, do jakiego ma nas prowadzić. Miłość prawdziwa, wzorowana na Bożej AGAPE, to miłość, którą rządzą ZASADY, NIE PORYWY SERCA. To miłość bezinteresowna; przywiązanie do zasad, jakie powinny nią rządzić (lojalność, wierność, trwałość, zainteresowanie dobrem i pomyślnością obdarzonego nią Człowieka). Miłość prawdziwa wymaga zaangażowania wysiłku i woli - nie może zatem być jedynie emocjonalnymi porywmi, jakby uniesieniem bezwolnego serca przez kapryśny wiatr. Co ważne - nie jest to pusta deklaracja, a wręcz przeciwnie - to WYRAŻANE CZYNEM GŁĘBOKIE UCZUCIE i przywiązanie.
Tymczasem, pojęcie miłości wypaczane ludzkim sercem (jak wspomniany kompas - magnesem), jest sprowadzana jedynie do hołdowania żądzom, pragnieniom i dbania o własne korzyści - wygodniej zapewne odejść od ’starego modelu partnera’, gdy życie zwala się problemami na “łeb”, porzucić dzieci i oddać się “uczuciu” do nowego partnera, na którego ma się fizyczną ochotę, a jego ciepło (na razie - ciepło) sprawia, że serce oszukuje nas krzycząc, że to właśnie jest prawdziwa miłość, na którą czekaliśmy całe życie. A potem będzie.. następna :)
Jak zatem możemy wrócić na właściwą drogę?
Jak korygować swój kurs, by nie rozbić się o skały, lawirując między dobrem i złem?
Czy sumienie możemy jakoś szkolić?
Niejako - oddawać regularnie do serwisu?
Jak uważacie WY?

Moje obserwacje.. następnym razem :)

flanela

Tropy: Biblia | 19 Odpowiedzi »

Kto zabił…

Autor: kadarka | 05/07/2008

Życiem Hypatii kierowała jedna pasja – wiedza. Była córka znanego uczonego Teona. Dzieciństwo spędziła w poruszającym świecie myśli. Większość historyków uważa, że już w młodym wieku przewyższała wiedzą swego ojca. Studiowała astronomię, matematykę, filozofię i sztukę. Dużo podróżowała, wykładała w szkołach, miała prywatnych uczniów. Była głównym myślicielem neoplatońskim w Aleksandrii, jak i wybitnym nauczycielem filozofii… Hypatia mieszkała w Aleksandrii w okresie, gdy chrześcijaństwo zaczęła dominować nad innymi religiami. W 390 roku po Chr. wybuchały liczne zamieszki na tle religijnym. Cyryl, biskup i lider chrześcijan, i Orestes, cywilny urzędnik, byli w sporze. Hypatia była zwolenniczką i przyjaciółką Orestesa, co w połączeniu z jej wiedzą i wykształceniem zwielokrotniło jej wrogów we frakcji Cyryla.

Maria Dzielska tak opisuje wydarzenia z marca 415 roku: zgodnie z relacją Sokratesa Scholastyka ludzie dowodzeni przez owego Piotra dokonali swojego czynu pewnego dnia w marcu, w czasie Wielkiego Postu, na aleksandryjskiej ulicy (nie znamy jej nazwy), gdy Hypatia właśnie swoim powozem wracała skądś do domu (…). Wyciągnięto ją z powozu i zawleczono pod kościół katedralny Cezarejon, opodal Portu Wschodniego, służący dawniej jako świątynia kultu cesarskiego. Tutaj zdarto z niej szaty, wyłupiono jej oczy (Damascjusz) i zamordowano ją odłamkami skorup glinianych. Szczątki wywleczono za miasto, na miejsce zwane Kinaron, i tam spalono na stosie szczap drewnianych. Było to w 415 roku, za 10 konsulatu Honoriusza i 6 konsulatu Teodozjusza.

Mądrość Hypatii kłóciła się z chrześcijańskim obrazem kobiety, została więc zamordowana. Zamiast człowieka poślubiła prawdę. Po tym wydarzeniu z Aleksandrii odeszło wielu uczonych. Upadł największy ośrodek starożytnej nauki.

Nasza sąsiadka Judyta miała osiemnaście lat i zakochała się w pewnym Syryjczyku. Gdy ten przyszedł prosić o jej rękę, rodzice Judyty odmówili mu: ich córka nie poślubi mężczyzny, który nie przestrzega żydowskiego prawa. Zamknęli ją na klucz w domu. W tydzień później Judyta się powiesiła. Rachelę zmuszono do małżeństwa z bogatym hodowcą bydła, mężczyzną dużo od niej starszym, potężnym, brzuchatym i owłosionym, czerwonym na twarzy, okrutnikiem, który często ją bił. Pewnego razu zaskoczył ją w ramionach młodego pasterza, jej rówieśnika. Cała wioska wzięła udział w kamieniowaniu cudzołożnicy. Przez dwie godziny umierała pod ciosami rzucanych w nia kamieni. Całe dwie godziny. Setki kamieni na dwudziestoletnim ciele Racheli. Bite dwie godziny. W taki sposób prawo Izraela występuje w obronie małżeństw zawartych wbrew naturze.

Te zbrodnie dokonały się w literze Prawa. Kim był jego autor???

Tropy: Kobiety | 50 Odpowiedzi »

Śmiech pierworodny?

Autor: Sadoq | 26/06/2008

Potoczne wyobrażenie na temat tego skąd się wzięło zło na świecie sprowadza się do rozpoznanej i opisanej w kulturze judeochrześcijańskiej fizjologicznej czynności zjedzenia zakazanego owocu. Bardziej potoczne i ludowe wyobrażenie mówi o jabłku, choć w świecie i klimacie, gdzie owa opowieść powstała, taki owoc nie był znany. Mówiąc o tym wskazuję na to, jak bardzo refleksja nad fundamentalnym pytaniem o zło w świecie jest sprowadzana to czynności magicznej, tak jakby zło - jedna ze stron wartościowania zero jedynkowego - miało takie banalne pochodzenie i przyczynę.
Owszem. problem pochodzenia zła był rozważany i dociekany w wielu systemach religijnych i filozoficznych, ale w rozważanym przykładzie sprowadza się do banalnego zaspokojenia zmysłu smaku. Nie można mówić przed spożyciem owocu, że człowiek był głodny wiedzy o dobru i złu, gdyż ich nie znał. Jabłko swego czasu wydawało się najsoczystszym i może najbardziej pożądanym owocem, dlatego tak usadowiło się w powszechnej świadomości.

Człowiek potrzebuje prostych, często prymitywnych objaśnień, ale w istocie swojej niczego nie wyjaśniają. Można wręcz powiedzieć, że wzbudzają jeszcze więcej pytań i wątpliwości u tych, którzy tropią prawdę.
Prosty przykład niespójności tekstu i wątpliwości, co do jego prawdziwości widać w cytowanym poniżej opisie. W zgoła prozaiczny wręcz sposób pierwsi ludzie, doświadczyli na sobie zła i znaleźli się poza strefą szczęścia.

A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił. Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła. [...] Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał. A przy tym Pan Bóg dał człowiekowi taki rozkaz: «Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz». [...]
A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: «Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?» Niewiasta odpowiedziała wężowi: «Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli». Wtedy rzekł wąż do niewiasty: «Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło». [Genesis 2:8-9 i 15-17;3:1-5]

W pierwszej części, gdy mężczyzna jest jeszcze sam, Bóg oddaje mu wszystko z jednym klarownym zastrzeżeniem: «[...]z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz». Jest to nieco dziwne zastrzeżenie, bo skoro wszytko, co Bóg stworzył było dobre, dlaczego drzewo poznania dobra i zła, miało się stać zagrożeniem dla życia Człowieka. W ogóle skąd zło, skoro jest to sytuacja jeszcze przed grzechem pierworodnym. Czyżby zatem zło było immanentne stworzeniu, a nie skutkiem nieposłuszeństwa?

Ale idźmy jeszcze dalej do momentu, gdy pojawi się niewiasta.

Reguły dotyczące korzystania z ogrodu Bóg przekazał Adamowi jeszcze zanim uformował z jego żebra niewiastę. Człowiek uznał ją za cząstkę siebie: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! [Genesis 2:23]. W tym miejscu nasuwa się kilka - mających ze sobą ścisły związek - pytań o fundamentalnym znaczeniu dla wiarygodności mężczyzny i niewiasty, a może i samego Boga:

Od kogo niewiasta dowiedziała się o drzewie poznania dobrego i złego? Jeśli od mężczyzny to, czy przekazał jej wiernie zakaz pochodzący od Boga? Można dalej pytać: Czy może Bóg ponownie powtórzył jej ten sam zakaz, ale nie wydaje się to właściwe, gdyż zaraz po jej uformowaniu przekazał ją mężczyźnie i on wziął za nią odpowiedzialność. Wszystko wskazuje więc na to, że mężczyzna czyniąc ją swoją połówką oprowadził po Edenie i wszystko przekazał.

Dlaczego więc w rozmowie z wężem niewiasta podaje w odpowiedzi rozszerzoną wersję zakazu: «Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli». Skąd się wzięło zatem dodatkowe zagrożenie w postaci dotyku drzewa. Czyżby niewiasta nad-interpretowała zakaz w sposób rozszerzający, by wywrzeć wrażenie na wężu?

Jest jeszcze jedna możliwość, że Bóg ponowił zakaz dodając zakaz dotykania, ale wydaje się to mało prawdopodobne, gdyż musiałoby znaleźć się sensowne tego wytłumaczenie. Poza tym, gdyby obowiązywał zakaz dotykania, to powinien być wymieniony na pierwszym miejscu już w trakcie pierwszej rozmowy Boga z mężczyzną, jako podstawowe zagrożenie dla jego życia. Spożycie owocu nie miałoby już tak daleko idących skutków, gdyż byłoby tylko dopełnieniem jego wejścia na drogę śmierci poprzez dotykanie drzewa.

Tropy: Biblia, Grzech | 31 Odpowiedzi »

Klucze do śladów

Autor: kadarka | 24/06/2008

Człowiek – istota poszukująca – zawsze pytał „dlaczego?”. Powoli szedł do przodu rozwiązując zagadki, które rodziły kolejne rebusy i labirynty dla przyszłych pokoleń. Archetypy wyrażone w alegoriach, znakach czy symbolach są wpisane w materię życia ludzkiego, klucze to nich są niezbędne, by wyrazić siebie.

Alegorią posługuje się człowiek, kiedy poza znaczeniem dosłownym chce zakonotować coś dodatkowo. Jest znakiem przetłumaczalnym, zaszyfrowanym, a rozwiązanie go wymaga znajomości reguł, w ramach których jest powtarzalny.

Znak – kod jakiegoś języka, który w procesie porozumienia się ludzi służy do przekazywania informacji różni się od symbolu m.in. motywacją. Kryterium to nie jest zbyt jasne, bo po pierwsze żadna motywacja nie obejmuje wielu symboli, po drugie, sama etymologia może stanowić wystarczającą motywacje symboli. Znaki językowe zawsze mają etymologię, często nawet niejedną, a zatem motywowane są wystarczająco, by traktować je jako symbole. W zwyczajnej codziennej mowie owa etymologiczna motywacja nie pojawia się i nie wpływa na interpretację. Zawsze można się do niej jednak odwołać, by wypowiedziane słowa zyskały charakter symboliczny.

Między symbolem a rzeczą symbolizowaną istnieje namiastka związku naturalnego, znak łączy z rzeczą oznaczaną wyłącznie wcześniejsze ustalenie.

Archetypy przejawiające się w postaci symboli, których treść zawsze wyraża się metaforycznie, nie dają się w pełni zwerbalizować. Symbole są jak dane z kluczem i nawet jeśli ktoś orientuje się lepiej niż inny sytuacja jest analogiczna jak w badaniach nad pokrewieństwem, ekonomią, historią, itp. Każdy wie co symbolizuje krzyż czy hostia, wyjaśnienie symboli mniej powszechnych jest osiągalne dla każdego, kto chce je poznać. Czasem jednak trudno nawet wtajemniczonym zinterpretować dany symbol. A jak to jest z symbolami, kiedy nie są wyjaśnione? A czy wyjaśnienie symboli rzeczywiście jest interpretacją?

Nawet w społeczeństwach, które gorliwie komentują swoją symbolikę, liczba symboli jest zawsze większa od liczby wyjaśnień. Dobrze wyjaśnione są formy symboliczne dotyczące ręki, znane jest ich pochodzenie: pokazuje się, że nie ma się borni, zabronione jest atakowanie, gdy prawa ręka jest wyciągnięta. Mają swoje wytłumaczenie jako wyraz dobrej woli, wyrażone są reguły ich użycia – inicjatywa należy do starszego, do ważniejszego, do kobiety. Albo inny przykład – skrzyżowany widelec i nóź położony na talerzu oznacza, że nie skończyło się jeść, ponieważ podczas jedzenia nóż i widelec trzyma się w pozycji przeciwnej. Czy ziewanie w towarzystwie - jest oznaką nudy, bo jest naturalnym objawem znużenia. We wszystkich tych przypadkach wytłumaczone jest znaczenie symbolu oraz uzasadnienie jego znaczenia.
Inne czynności odbierane są jako uprzejme lub niegrzeczne, ale bez dodatkowego komentarza, np. jest przejawem dobrego tonu wstać, gdy kobieta odchodzi od stołu, trzymać nóż w prawej ręce, ziewając zasłaniać usta, nie należy wskazywać kogoś palcem, nie powinno się publicznie dłubać w nosie. Wytłumaczenia tych czynności nie są zdecydowane i jednoznaczne. Może oznaczają szacunek, uprzejmość? To tak jakby powiedzieć, że kiedy nie ma dodatkowego wytłumaczenia, oznaczają tradycję i dzięki temu nie musi się już ich wyjaśniać.

Istnieje jeszcze wiele grzecznościowych reguł, które są stosowane, chociaż nigdy nie były nauczone czy wyjaśnione, np. klaps w tyłek, który daje się w sytuacjach intuicyjnie oczywistych, a trudnych do opisania. Albo reguła, wg której nie powinno się do końca opróżniać kieliszka podczas posiłku (zapewne, by nie zawstydzić gospodarza, który powinien napełnić kieliszki, zanim zostaną całkowicie opróżnione).

Jest wiele zachowań symbolicznych, co do których tubylcy mają dość jasne przewidywania, zwykle ukryte, a które trudno jest wytłumaczyć. Symbolizm świetne funkcjonuje nawet jeśli w odległych czasach nie znaleziono do niego klucza.

W naszej kulturze nie ma zgodności co do definicji i zakresu pojęcia symbolu. Krzyż, dłoń ściśnięta w kułak, metafora „lis” zamiast „człowiek podstępny”, metonimia „spać razem” zamiast „kochać się”, ziewanie, słowo „ryczeć” definiowane jako wydawać krzyk charakterystyczny dla lwa – wszystko to może mieć walor symboliczny. Symbol nie jest pojęciem uniwersalnym, lecz kulturowym, występuje lub nie występuje, jest różne w odmiennych kulturach, a nawet w ramach tej samej kultury.
Po co to wszystko… by po swych śladach odnajdywać klucze przeszłości?

Tropy: Puls | 4 Odpowiedzi »